lubię:
- wstawać w nocy i sprawdzać, czy w drugim pokoju wszystko ok
- wsłuchiwac sie w spokojny odddech spiącej N.
- rano spiewac piosenki i szczebiocząc budzić na tyle wcześnie, by jak najmniej spóźnić się do pracy
- nasze jazdy samochodem do/ i z (pracy,przedszkola,opiekunki) i nasze w trakcie rozmowy
- robić wspólnie zakupy
- jeść wspólnie posiłki
- bawić się w rysowanki, zgadywanki, wyklejanki, lepienie ludzików z plasteliny itp
- kąpać N., myć jej delikatne włoski, suszyć je suszarką
- tulic do snu i jeszcze sobie w łózku poszeptać i poopowiadć bajki oraz poustalać, co się komu ma w nocy przyśnić
i choć zazwyczaj gonię w piętkę, to wbrew pozorom - naprawdę to lubię.
(chwilę z książką w wannie tez lubię, a jakże)
... kurzu narosło!
a kich. fuj, pajęczyna.
do sprzątania nie mam nabożeństwa. najbardziej lubię gotować - gdy mam czas. jak teraz. chwilę czasu.
tak... przedszkole - ok.
panie - super.
dzieciaki w grupie - tylko 2 płaczki.
frekwencja - na razie 100%. odpukać, tfu tfu!
moje kg na plus - 4.
syndrom budowania gniazda jeszcze się nie włączył.
zajebiście się boję (porodu). i żeby wszystko było ok. i taki tam - standardzik, co będę nudzić.
chodzę po ulicy, patrzę i sama siebie przekonuję, że statystyki są po mojej stronie.
siedzę na palcu zabaw, jednym okiem zerkam na N. a jednym uchem wyłaniam z rozmowy obok (matka trójki dzieci), że pierwszy poród był cieżki,ale pozostałę to pfff (machnięcie ręką).
z ogromną sautysfakcją scedowałabym to wątpliwej przyjemności zadanie na mężczyzn.
niechby mieli!
ech.
dobra. idę na babskie przedpołudnie, póki dzieci w przedszkolu ;)
ciao!
a jednak.
tymczasem trochę nie dowierzam, trochę mam huśtawki nastroju.
jakoś tak dziwnie mi.
na urlop chcę.
do szału doprowadza mnie ciągła szarpanina.
o swoje, o to co jest ważne, a co ważniejsze.
o rzeczy dla mnie oczywiste.takie, które powinny być oczywiste dla wszystkich.
a nie są.
...
widzę jednak, że powoli, małymi kroczkami, potrafię zawalczyć o swoje.
to dużo, w porównaniu z tym, jak było parę lat wstecz. teraz zdarzy się krok w tył, owszem, lecz potem są dwa w przód.
powoli, wytrwale. do celu.
uczuciowo natomiast znajduję się w momencie, gdy decyzja o kolejnym dziecku podjęta. to ten czas, czuję to :) i znam to uczucie z przed N. :) było podobne! może więcej było obaw o to, jak się życie poukłada, mniejsza za to świadomość tego, co się z ciążą i posiadaniem dziecka wiąże... teraz jest na odwrót.
i nadal w to wchodzę :)
a ponieważ jestem zdania, że mimo naszych usilnych starań, nie starań, planów - to dziecko wybiera czas, gdy chce do nas przyjść, to powiem tylko:
czekam na Ciebie, skarbie :)
to już niedługo!
już niedługo 1 kwietnia: dzień zapisów do przedszkola!
czuję radosne podekscytowanie, za pare miesięcy moja Natalia będzie przedszkolakiem! będę ryczeć ze wzruszenia, na bank będę ryczeć - że już idzie w świat :)
a N. jest teraz w takim cudownym wieku... można z nią porozmawiać, poczytać książeczki, a nawet razem obejrzeć bajkę (ostatnio zrobiłyśmy sobie seans: do miseczki chrupki, picie pod ręką, kocyk na nogi i oglądałyśmy rybki z ferajny - całe półtorej godziny :) ) zaczyna też być posłuszna, choć sa momenty, ze sprawdza granice, gdy chce zrobić coś inaczej, niz ja mówię, to nie wymusza krzykiem, tylko argumentuje,a przynajmniej się stara (sławne już problemy przy ubieraniu i wychodzeniuz domu - jeszcze jakiś czas temu był regularny ryk i nie dało się z niej słowa wyciągnąc,a jedynym sposobem było przeczekanie, teraz trochę pomarudzi, spóbuje płaczu, ale też mówi: ja nie chcę iśc do domu, ja chcę się jeszcze pobawić z dziadkiem!)
bycie z nią, patrzenie na nią, jak rośnie, jak się zmienia, jest dla mnie ogromną radością, jestem w niej zakochana po uszy i oby mi nigdy nie przeszło :)
poza tym jednak, poza ta moją iskierką, moim szczęściem, moim sensem życia - zdarzają się chwile, gdy przeważa smutek i żal. smutek, że bliscy odchodzą i żal z powodu nieuchronności. i choć wiem, że z pewnymi rzeczami pogodzić się trzeba, bo nie ma się na to wpływu - to jest mi wciąż ciężko.
wprawdzie ten żal jest coraz głębiej we mnie, tak, że nie widać go na zewnątrz, ale wydaje mi się, że już pozostanie na zawsze.
a ponieważ (niestety) mam lękliwą naturę, to sa to dla mnie kolejne powody do umartwiania, do rozmyślania, do rozczulania się nad sobą...
na szczęście na dworze wiosna, to i smutne mysli sa coraz rzadsze :)
ten dzień (a raczej świętowanie tego dnia) mnie p części rozśmiesza,a po części mocno denerwuje. faceci chodzą jak błędne owce, stremowani, bo nie wiedzą, czy wypada dac kwiatek,a może złożyć życzenia?
efektem tego, w ciągu 3 godzin uzyskałam (chronologicznie):
- całus od męża i życzenia "wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet"... biorąc pod uwage, ze akurat mylam naczynia z dnia wczorajszego zabrzmiało i wyglądało to nieco komicznie :)
- komplement o treści "tak ładnie dziś Pani wygląda" - tzn wczoraj wyglądałam gorzej? wrr...
- tuli-pan (podany w milczeniu i ze skłonem)
- życzenia o treści "powodzenia w życiu i tak szczególnym dniu dzisiejszym" od jednego faceta, który, mówiąc to, prawie nie zemdlał
- goździk - o! i ten kwiatek podany był jak należy! z przytupem, zamaszyście! pół żartem - pół serio - tak jak powinno się traktowac Dzień Kobiet ;) z przymrużeniem oka...
...a do końca dnia daleko. choć wieczorem to raczej już "śledzik" niż "dzien kobiet" ...